Siedem dawek adrenaliny i cisza, która trwa do dziś. Historia Nadii to opowieść o bólu, zaniedbaniu i bezsilności wobec systemu

To miał być jeden z najpiękniejszych dni w ich życiu. Oczekiwanie, napięcie, strach jak przed każdym porodem, ale też nadzieja — że za chwilę na świecie pojawi się upragniona córka. Karolina i Michał Pietura jechali do pleszewskiego szpitala z myślą, że wrócą z niego jako szczęśliwi rodzice. Zamiast tego zaczęła się tragedia, która trwa już kilkanaście lat.

Pani Karolina trafiła do pleszewskiego szpitala w 40. tygodniu ciąży. Termin porodu już minął. Akcja porodowa nie postępowała, a zapisy KTG — jak później wykazano — były niepokojące. Mimo to nie podjęto na czas decyzji o cesarskim cięciu. Zrobiono to dopiero wtedy, gdy tętno dziecka gwałtownie spadło. Wtedy rozpoczął się dramatyczny wyścig z czasem. Niestety, jak dziś mówią rodzice, było już za późno.

Po cesarskim cięciu pani Karolina zapytała personel, czy z dzieckiem wszystko w porządku. Usłyszała, że tak. Ale matka wiedziała, że coś jest nie tak. Nie usłyszała płaczu swojej córeczki. Zamiast pierwszego krzyku noworodka była cisza. Ta cisza ciągnie się za tą rodziną do dziś.

Ojciec dziewczynki, Michał Pietura, stał w pomieszczeniu obok. Nie widział swojej córki, ale słyszał, jak trwa jej reanimacja. Słyszał chaos, napięcie, dezinformację. Jak sam opowiadał, personel w jego ocenie sprawiał wrażenie zagubionego, jakby nikt nie panował nad tym, co właśnie się dzieje. Za ścianą ważyło się życie dziecka.

Potem do sali pani Karoliny przyszła anestezjolog — kobieta, która ratowała Nadię. Była wyczerpana, czerwona, poruszona. To ona miała powiedzieć matce słowa, które brzmią jak oskarżenie wobec całego systemu: że sprawę trzeba jak najszybciej zgłosić do prokuratury, bo doszło do zaniedbania. To ona wyznała, że podała noworodkowi aż siedem dawek adrenaliny. Siedem razy próbowała wyrwać dziecko śmierci. Gdyby Nadia nie zaczęła reagować, reanimacja zostałaby przerwana.

CZYTAJ  Złodzieje uderzyli w zbiórkę strażaków

Nadia przeżyła. Ale cena była niewyobrażalna.

Niedotlenienie mózgu doprowadziło do nieodwracalnych zmian. Dziewczynka jest w stanie wegetatywnym. Oddycha przy pomocy respiratora. Wymaga całodobowej opieki. Ma małogłowie, napięcie czterokończynowe, nie chodzi, nie siedzi, nie mówi. Nie jest świadoma tego, co dzieje się wokół niej. Zamiast dzieciństwa jest cierpienie. Zamiast zabawy — walka o każdy kolejny dzień.

Rodzice nie walczą już o „normalność”. Walczą o życie swojej córki. O oddech. O opiekę. O godność. O sprawiedliwość.

Śledztwo wykazało, że doszło do błędu określonego jako „brak nadzoru”. Biegli wskazali, że zapisy KTG wykazywały nieprawidłowości, które powinny były wzbudzić reakcję personelu. Tymczasem — jak opowiada mama Nadii — po odłączeniu KTG położne nie miały dla niej czasu. Zajmowały się dokumentacją, a nie rodzącą kobietą, która skarżyła się na ból i potrzebowała pomocy. Zamiast wsparcia miały paść słowa pełne chłodu i pogardy. Zamiast troski — krzyk.

A potem przyszła druga trauma. Po porodzie panią Karolinę położono wśród kobiet, które urodziły zdrowe dzieci. Ona sama mówi wprost: „Ja urodziłam martwe dziecko”. W tych słowach zawiera się cała rozpacz matki, której odebrano nie tylko radość narodzin, lecz także prawo do ludzkiego potraktowania.

W tej sprawie dramat rodziny nie kończy się na sali porodowej. On trwa także w sądach i gabinetach biegłych. Śledztwo trwało cztery lata. Sama opinia biegłych powstawała aż trzy lata. Po dwunastu latach sprawa nadal pozostaje w pierwszej instancji. Od dwóch lat proces praktycznie stoi w miejscu, bo wciąż nie ma nowej opinii.

To nie jest już tylko historia jednej rodziny. To akt oskarżenia wobec państwa, które każe ludziom czekać latami na elementarną sprawiedliwość. To opowieść o systemie, w którym czas działa na korzyść instytucji, a przeciwko ofiarom. O rodzicach, którzy każdego dnia patrzą na cierpienie swojego dziecka, a jednocześnie słyszą, że muszą jeszcze poczekać. Jeszcze rok. Jeszcze opinię. Jeszcze decyzję.

CZYTAJ  Prawie 5 kilogramów narkotyków w garażu

Oskarżony lekarz, jak relacjonuje ojciec Nadii, unika kontaktu wzrokowego. Nie przeprosił. Gdy reporterka próbowała z nim porozmawiać, odmówił. Nie chciał odpowiedzieć na pytanie, dlaczego zwlekał z wykonaniem cesarskiego cięcia. Został zwolniony z Pleszewskiego Centrum Medycznego, ale dwie położne nadal tam pracują.

Szpital wyraził ubolewanie. Dyrektor ds. medycznych powiedział, że jest mu przykro. Ale czy „przykro” wystarczy tam, gdzie zniszczono życie dziecka i całej rodziny? Czy można mówić o procedurach i „wskazaniach”, kiedy skutkiem decyzji lub ich braku jest dramat, którego nie da się już cofnąć?

W tej historii szczególnie bolesna jest bezkarność rozmyta w czasie. Jedna opinia obciąża, druga oczyszcza, kolejne są wciąż odkładane. Oskarżeni powołują się na rzekomą wadę genetyczną mózgu dziewczynki, choć opinia biegłej tej teorii nie potwierdziła. Rodzice od lat słyszą sprzeczne wersje, obserwują proceduralny marazm i żyją w zawieszeniu, które zabiera siły tak samo jak codzienna opieka nad ciężko chorą córką.

A jednak mimo wszystkiego pani Karolina mówi, by się nie poddawać. By walczyć. By nie pozwolić zamieść takich spraw pod dywan. W jej głosie nie ma już tylko bólu. Jest też determinacja ludzi, którym odebrano niemal wszystko, ale nie odebrano prawdy.

Słowa ojca Nadii brzmią jak wyrok moralny: najważniejsze jest, by osoby odpowiedzialne poniosły konsekwencje, bo zniszczyły życie jego dziecka. I trudno o bardziej przejmujące podsumowanie. Bo tu nie chodzi tylko o błąd medyczny. Tu chodzi o życie, które od pierwszych chwil stało się walką. O rodziców, którzy zamiast cieszyć się dzieciństwem córki, każdego dnia toczą nierówną bitwę o jej przetrwanie.

W tej historii nie ma szczęśliwego zakończenia. Jest tylko pytanie, które powinno wybrzmieć znacznie głośniej niż sądowe terminy, urzędowe formułki i szpitalne tłumaczenia: ile jeszcze rodzin musi przeżyć podobny koszmar, zanim odpowiedzialność przestanie być pustym słowem?

CZYTAJ  Wietnamczyk wpadł jak sajgonka w sos

Bo Nadia przeżyła. Ale życie, które jej pozostało, jest świadectwem ceny, jaką zapłaciła za cudze zaniedbanie. A jej rodzice do dziś żyją z pamięcią o tym jednym momencie — o ciszy po porodzie, która nigdy naprawdę się nie skończyła.

6 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze
6
0
Napisz co o tym sądziszx