Dwa razy strażacy interweniowali przy tym samym samochodzie elektrycznym w Trkusowie. Hyundai Kona najpierw stanął w ogniu, a następnego dnia ponownie pojawiło się zagrożenie związane z akumulatorem.
Do pierwszego zdarzenia doszło w środę około godziny 23.15 przy ulicy Środkowej w Trkusowie w powiecie ostrowskim. Strażacy po dotarciu na miejsce zastali całkowicie płonący samochód marki Hyundai Kona.
Sytuację dodatkowo komplikował fakt, że pojazd znajdował się na posesji, na której działał warsztat. Ogień stwarzał więc zagrożenie nie tylko dla samego samochodu, ale również dla znajdujących się w pobliżu obiektów.
Samochód elektryczny spłonął doszczętnie. Działania strażaków trwały aż 3 godziny i 20 minut.
Następnego dnia ten sam samochód ponownie zaczął dymić
Na tym jednak interwencja się nie zakończyła. W czwartek, przed godziną 16.00, strażacy ponownie zostali wezwani do tego samego pojazdu.
Po przyjeździe okazało się, że dymi się akumulator samochodu. Strażacy przystąpili do jego intensywnego polewania wodą, aby obniżyć temperaturę i zapobiec ponownemu rozwojowi pożaru.
Takie sytuacje są charakterystycznym problemem przy pożarach samochodów wyposażonych w duże akumulatory litowo-jonowe. Nawet po opanowaniu ognia może bowiem dojść do ponownego wzrostu temperatury ogniw i ponownego zapłonu.
Czy elektryki rzeczywiście palą się częściej od samochodów spalinowych?
Pożar w Trkusowie może budzić pytania o bezpieczeństwo samochodów elektrycznych. Dane dotyczące Polski pokazują jednak, że elektryki nie palą się częściej niż auta spalinowe.
Według danych Państwowej Straży Pożarnej za 2025 rok, na każde 1000 zarejestrowanych samochodów całkowicie elektrycznych przypadało 0,362 pożaru. W przypadku samochodów spalinowych wskaźnik wyniósł 0,415 pożaru na 1000 pojazdów. Oznacza to, że statystycznie samochód elektryczny miał niższy wskaźnik pożarów niż samochód spalinowy.
Warto przy tym pamiętać, że samochodów spalinowych jest w Polsce zdecydowanie więcej, dlatego w liczbach bezwzględnych to właśnie one odpowiadają za zdecydowaną większość pożarów pojazdów.
Dane za pierwsze trzy miesiące 2026 roku również nie pokazują, aby elektryki paliły się częściej. Odnotowano wówczas 14 pożarów samochodów BEV wobec 2315 pożarów pojazdów spalinowych. Po przeliczeniu na liczbę zarejestrowanych pojazdów wskaźnik dla obu grup był w tym okresie bardzo zbliżony.
Skąd w ogóle biorą się pożary samochodów elektrycznych?
Jednym z najważniejszych zagrożeń jest akumulator litowo-jonowy. W przypadku jego uszkodzenia może dojść do tzw. ucieczki termicznej. To gwałtowny proces, podczas którego temperatura wewnątrz ogniwa rośnie, a reakcje chemiczne mogą prowadzić do zapłonu kolejnych ogniw.
Do uszkodzenia baterii może dojść między innymi w wyniku:
- poważnego uszkodzenia mechanicznego samochodu, np. podczas wypadku,
- zwarcia lub awarii elektrycznej,
- uszkodzenia albo awarii pojedynczych ogniw,
- przegrzania baterii,
- nieprawidłowości związanych z ładowaniem,
- wad produkcyjnych,
- uszkodzenia systemu zarządzania baterią.
Nie oznacza to jednak, że każda awaria baterii kończy się pożarem. Nowoczesne samochody posiadają rozbudowane systemy monitorowania temperatury, napięcia i stanu poszczególnych elementów akumulatora.
Dlaczego pożar baterii może być trudniejszy?
Największym problemem nie jest sama częstotliwość pożarów, lecz specyfika ich gaszenia. W przypadku poważnego uszkodzenia akumulatora litowo-jonowego istnieje ryzyko ponownego zapłonu, dlatego strażacy muszą nie tylko ugasić płomienie, ale również skutecznie schłodzić baterię.
Właśnie dlatego czwartkowa interwencja w Trkusowie była szczególnie istotna. Mimo że samochód spłonął dzień wcześniej, następnego dnia ponownie pojawiło się dymienie z akumulatora. Strażacy musieli więc ponownie prowadzić działania chłodzące.
Pożary samochodów elektrycznych mogą również powodować intensywne wydzielanie gazów i osiągać bardzo wysokie temperatury. Jednocześnie nie powinno się wyciągać wniosku, że każdy pożar elektryka jest automatycznie bardziej niebezpieczny od pożaru auta spalinowego. Państwowa Straż Pożarna prowadzi specjalistyczne szkolenia dotyczące pojazdów elektrycznych, obejmujące m.in. zagrożenia związane z wysokim napięciem i akumulatorami litowo-jonowymi.
Przypadek z Trkusowa pokazuje przede wszystkim, że ugaszenie płonącego samochodu elektrycznego może nie oznaczać końca zagrożenia. Szczególnej uwagi wymaga później sam akumulator, który w określonych warunkach może ponownie zacząć się nagrzewać i dymić.
Tutaj wideo z kontrolowanego pożaru elektrycznego Hyundai Kona: Akcja od 3 minuty i 15 sekundy





