Wczoraj wieczorem odszedł Grześ. Miał zaledwie 35 lat. Przez 24 lata był częścią domu, który stał się jego światem – i ludzi, dla których stał się kimś znacznie więcej niż tylko jednym z mieszkańców. „Nasz Grześ” – piszą pogrążeni w żałobie jego opiekunowie.
Przyszedł do nich jako 11-letni chłopiec. Został na 24 lata.
Był chłopcem leżącym, całkowicie zależnym od innych. Nie mógł samodzielnie wstać z łóżka, nie mógł nawet odgonić natrętnej muchy. Jego codzienność wyglądała zupełnie inaczej niż życie większości z nas.
A jednak Grześ miał swój świat. I potrafił się nim cieszyć.
Kochał muzykę.
Choć jego ciało nie pozwalało mu tańczyć, kiedy rozbrzmiewały dźwięki, tańczyła jego głowa. To właśnie w takich chwilach można było zobaczyć jego radość – prostą, szczerą i prawdziwą.
Grześ lubił też być blisko ludzi. Nie chciał ciszy i odosobnienia.
Kiedy opiekunowie przenieśli go do spokojniejszego pokoju, sądząc, że będzie to dla niego bardziej komfortowe, szybko zauważyli, że Grześ zaczął gasnąć i smutnieć. Potrzebował obecności innych, głosów, rozmów, codziennego gwaru.
Dlatego wrócił do pokoju znajdującego się blisko salonu i kuchni – w samym centrum domowego zamieszania. Tam, gdzie było najgłośniej. Tam, gdzie toczyło się życie. Gdzie rozrabiali mali Dominik i Marek.
To właśnie tam Grześ czuł się najlepiej.
Czy leżał w łóżku, czy przebywał na wózku – lubił, kiedy ktoś do niego podchodził, witał się z nim i rozmawiał. A kiedy słyszał swoje imię, odpowiadał uśmiechem.
„Nasz Grześ”.
Morze, wiatr i rejs statkiem
Pomimo swojej niepełnosprawności Grześ miał okazję doświadczać rzeczy, które mogły wydawać się poza jego zasięgiem.
S. Benia wraz z zespołem Pań Współpracujących odważyły się zabrać go nad morze. Nie było to łatwe – Grześ miał PEG-a, cewnik i był osobą leżącą. Wymagał stałej opieki.
Ale dzięki nim mógł zobaczyć morze.
A nawet popłynąć statkiem.
Dla jego opiekunów ten rejs stał się wyjątkowym wspomnieniem. Nie dlatego, że wydarzyło się coś spektakularnego. Największą nagrodą było dla nich patrzenie na szczęście Grzesia.
Chłonął całym sobą szum morza, dotyk wiatru i kołysanie statku.
Być może właśnie takie chwile pozostaną teraz w pamięci tych, którzy byli przy nim przez lata.
Ostatnie chwile
W dniu jego odejścia przy Grzesiu byli ludzie, którzy przez lata tworzyli jego dom.
Przyszedł ks. Jacek wraz z chłopcami i udzielił mu sakramentu chorych. Przy Grzesiu modlili się chłopcy, panie, wolontariusze i siostry.
Był otoczony obecnością.
Nie był sam.
Wieczorem Grześ odszedł.
Miał 35 lat.
„Będzie go nam bardzo brakowało”
Choć był „najcichszym Mieszkańcem Domu”, jego odejście pozostawiło ogromną pustkę.
Jego opiekunowie nie ukrywają bólu.
„Pomimo, że był taki cichutki, będzie go nam bardzo brakowało. Serce pęka z bólu jego nieobecności wśród nas. Jest nierozerwalną częścią nas” – napisali w pożegnaniu.
Jest jednak także druga strona tej straty.
Ulga, że Grześ nie musi już zmagać się ze swoim schorowanym ciałem. Nadzieja, że teraz jest wolny od cierpienia i ograniczeń, które towarzyszyły mu przez całe życie.
A może właśnie teraz robi to, czego tutaj nie mógł.
Może płynie swoim statkiem. Słucha muzyki. I wreszcie naprawdę tańczy.
Grzesiu, Twój pokój będzie teraz cichszy.
Zabraknie Twojego uśmiechu, kiedy ktoś wypowie Twoje imię. Zabraknie Twojej obecności w centrum domowego zamieszania. Zabraknie kogoś, kto przez 24 lata był częścią tego miejsca i serc tak wielu osób.
Ale pozostaną wspomnienia.
Morze. Wiatr. Muzyka. Rejs statkiem. Uśmiech. I 24 lata wspólnego życia.
Do zobaczenia, Grzesiu.
Kiedyś do Ciebie dołączymy.





